piątek, 6 lipca 2012

Nie doceniamy tego co mamy

Napiszę rzecz banalną i wyświechtaną, ale często jednak zapominaną. Przynajmniej przeze mnie. Na ogół człowiek jest istotną marudną, która nie umie docenić tego, co już ma.
Czytam kilka blogów, m.in rodziców niepełnosprawnych dzieci. I czasem jak przeczytam kolejny wpis to jest mi wstyd za moje marudzenie na to, że moja Młoda strasznie ulewa, że ma kolkę a ja nie mam już siły - zamiast się cieszyć że dziecko jest zdrowe, że dobrze się rozwija.

Ciekawe i niestety smutne jest to, że zazwyczaj ta chwila refleksji gdzieś ulatuje i za jakiś czas sytuacja znów się powtarza - znów marudzę. Chciałabym w końcu przestać narzekać. Ale to chyba nie będzie takie proste - wytłumaczyć tej pesymistce we mnie, żeby wreszcie przestała się nad sobą użalać.

Przypomina mi się jeszcze w temacie felieton, który kiedyś przeczytałam w "Zwierciadle". Autorka opisywała swój pobyt w szpitalu, kiedy z zazdrością patrzyła przez okno na obładowaną siatkami z zakupami kobietę. W myślach widziała, jak ta kobieta idzie do domu, krząta się, przygotowuje obiad dla rodziny. I szczerze jej zazdrościła tej pracy, której ona - przykuta do szpitalnego łóżka - nie mogła wykonywać.

sobota, 23 czerwca 2012

Pomalowane paznokcie

Wczoraj pomalowałam sobie paznokcie u rąk. Banalna rzecz... ale udało mi się to pierwszy raz od narodzin Młodej. A i wcześniej, w ciąży moje palce dawno nie widziały żadnego lakieru. Patrzę na czerwony kolor i jestem zadowolona chyba jak nigdy z tego. Nieważne, że lakier mam nie tylko na płytkach paznokci ale i obok nich i na opuszkach palców. Od razu czuję się bardziej zadbana i bardziej kobieca. Drobiazg, a jak cieszy.

A zatem chyba nie jest tak źle ze mną - skoro z niespełna dwu-i pół miesięcznym dzieckiem jestem w stanie pomalować paznokcie. To chyba pierwsza taka chwila, kiedy mogłam oddać się takiemu "zbędnemu" zajęciu. Jak do tej pory cieszyłam się, jak mi się udało wykapać, zjeść obiad albo posprzątać - to były osiągnięcia. Biorąc więc pod uwagę wczorajszy "wyczyn" zaczynam z coraz większym optymizmem patrzeć na kolejne dni spędzone z Młodą w domu. Będzie dobrze.

niedziela, 17 czerwca 2012

Codzienność...


Codzienność... to słowo zazwyczaj nie wywołuje szczególnych emocji. Nie jest kojarzone z niczym wielkim, atrakcyjnym. Wielu kojarzy się z monotonią, nudą, trudem i znużeniem. Mi często też tak się kojarzy.
Ale jednak ostatnio zaczynam pozytywniej myśleć o zwykłych, codziennych dniach. Myślę, że jest to częste u osób przeżywających gwałtowne zmiany w swoim życiu. Przychodzą takie chwile, kiedy można mieć satysfakcję a wręcz frajdę z wykonania banalnych czynności jak zrobienie prania, zjedzenie obiadu czy posprzątanie łazienki.
Bo to jednak głównie z tych prostych, rutynowych czynności składa się głównie nasze życie. Przygotowywanie jedzenia, rozmowa z kimś z rodziny, praca, zakupy... Zwykła proza życia. Wcale jednak nie musi ona być nudna, nieciekawa. Każdego dnia można cieszyć się życiem, drobnymi przyjemnościami. I można odczuwać zadowolenie z tego, co się dobrze wykonało, obojętne czy jest to posprzątanie domu, wykonanie jakiegoś dzieła czy udana prezentacja w pracy.